
Zakup licencji na opracowany w Czechosłowacji ręczny karabin maszynowy ZGB-33 (wersja erkaemu ZB-26 przystosowana do brytyjskiej amunicji 0.303 cala i dostosowana do specyficznych brytyjskich wymagań) okazał się jedną z najlepszych inwestycji na rzecz uzbrojenia British Army. Nową broń, która zwyciężyła w konkursie na następcę pierwszowojennego erkaemu „Lewis”, nazwano „Bren” (akronim miejsc opracowania i produkcji: BRno – ENfield). Przy niezbyt wysokiej szybkostrzelności teoretycznej, „Breny” cechowały się znakomitą celnością i pewnością działania w najtrudniejszych warunkach, co dokładnie odpowiadało brytyjskim oczekiwaniom. W tym czasie nie nastawiano się bowiem na powtórkę z wojny światowej, ale przede wszystkim na utrzymywanie porządku w Imperium, pacyfikowanie zbuntowanych tubylców i ewentualne toczenie lokalnych wojenek w miejscach, o których mało kto słyszał. Wysoka szybkostrzelność nie była tam do niczego potrzebna, za to niesamowicie obciążała systemy logistyczne, jako że każdy nabój musiał najczęściej przebyć długą drogę morzem i lądem od miejsca wyprodukowania aż do najdalszych zakątków Afryki czy Azji. W tych zakątkach trudno było także o wyspecjalizowane warsztaty remontowe, więc wojsko nie mogło sobie pozwolić na sprzęt nazbyt delikatny i łatwo ulegający awariom.
Oczywiście, jak to często bywa, życie (a konkretnie poczynania niejakiego Adolfa H.) skorygowało założenia i zamiary, a British Army chcąc nie chcąc ponownie znalazła się w centrum wojny na pełną skalę. Szczęśliwie okazało się jednak, że ówczesna brytyjska „mała taktyka” oraz broń strzelecka, chociaż optymalizowane pod zupełnie inne uwarunkowania, całkiem nieźle sobie poradziły.
O ile bowiem bowiem podczas pierwszej wojny, główną siłę ognia miały zapewniać brytyjskim piechurom karabiny (świetne SMLE), a dla broni maszynowej przewidziano rolę wspierającą, to w latach dwudziestych odwrócono te założenia, organizując drużynę piechoty wokół erkaemu. I tak, zgodnie z regulaminami, to właśnie ten nowy erkaem miał stanowić jej podstawowy środek walki, a pozostałe uzbrojenie żołnierzy (karabiny, później także pistolety maszynowe) miało służyć przede wszystkim do wzmacniania jego siły ognia, do osłony sekcji erkaemu podczas zmiany stanowiska, ewentualnie również do walki z mniej ważnymi celami. Co więcej, wobec wspomnianego założenia o kluczowej roli „Brena” w drużynie, wszyscy żołnierze piechoty szkoleni byli z podstaw jego obsługi oraz zasad prowadzenia ognia tak, by w razie potrzeby każdy potrafił przejąć tę broń.

Tych, którym obsługa „Brena” i strzelanie z niego szło najsprawniej, kierowano na kursy specjalistyczne. Ich absolwentów można było poznać po naszywkach specjalności „Bren Gunner” na rękawie, a pośród licznych specjalizacji w piechocie, ta była najwyżej ceniona i cieszyła się wśród żołnierzy największym szacunkiem. Oni też z reguły pełnili funkcję etatowych celowniczych w sekcji „Brena” w drużynie.
Sekcja ta składała się z trzech żołnierzy:
- dowódca sekcji (zarazem zastępca dowódcy drużyny)
- celowniczy (w nomenklaturze brytyjskiej: „Bren Number 1”)
- asystent celowniczego / amunicyjny (w nomenklaturze brytyjskiej: „Bren Number 2”)
Wspomniane szkolenie specjalistów, poza doprowadzeniem do perfekcyjnego opanowania broni, wyróżniało się także pewną specyfiką, związaną z jej charakterystykami ogniowymi. Widzom współczesnych filmów wojennych, prowadzenie ognia z erkaemu kojarzy się z długimi seriami omiatającymi pole walki (co zresztą było częstą praktyką niemiecką i sowiecką). Brytyjscy instruktorzy określali to z pogardą jako „spray and pray”, czyli „wal ile wlezie i módl się, by w coś trafić”. Celowniczych „Brenów” uczono oddawania krótkich, mierzonych serii do konkretnych celów, a długość tych serii określano według formuły: „Fish and chips” (przeciętny czas potrzebny na jej wymówienie odpowiadał trzypociskowej serii). O celności broni i jakości szkolenia „Bren Gunnerów” świadczy fakt, że nierzadkie były przypadki, kiedy dwa kolejne pociski „wchodziły” w ten sam otwór w tarczy
„Bren”, jako się rzekło (i co zgodnie podkreślali wszyscy weterani) słynął z celności i niezawodności, czy to w piaskach Afryki, czy w błocie Zachodniej Europy, czy w norweskich śniegach. Nawet instrukcje, jako prawie wyłączną przyczynę zacięć, przewidywały problemy z amunicją, a nie z bronią. Stąd typowe zalecenia, to: „Broń się zacięła? Usuń wadliwy nabój, ewentualnie walnij pięścią w bok komory zamkowej i strzelaj dalej”, ewentualnie: „Nie pomogło? To przestaw regulator gazowy, żeby wydmuchać nagar i teraz strzelaj”.
Oczywiście obsługa „Brena” podczas swojej pracy posługiwała się zestawem ustandaryzowanych komend, ale w realiach frontowych szybko zastąpiono je krótkimi „neutralnymi” hasłami. I tak słowo „England” oznaczało pusty magazynek, „Many” – niewypał, „Fine” – utknięcie łuski po wyciągnięciu z komory nabojowej, „Horses” – utknięcie łuski w komorze nabojowej, „In” – konieczność przestawienia regulatora, „Out” – zatkanie przewodu lufy.

Wymiana pustego magazynka w zgranym zespole trwała krócej niż przeczytanie tego zdania. Celowniczy odpinał prawą ręką magazynek i przerzucał go pod bronią w lewo, w kierunku „Drugiego”, zaś ten w tym samym czasie zapinał od góry nowy. Podczas typowej długotrwałej walki ogniowej o średnim natężeniu, zalecano zużywanie jednego magazynka w czasie jednej minuty (dobierając odpowiednio przerwy między krótkimi seriami), w sytuacjach koniecznej intensyfikacji dopuszczano zwiększenie tempa zużycia do czterech magazynków na minutę. Podkreślano jednak, że natężenie ognia nie może być zwiększane kosztem celności.
No i tu znowu życie wprowadzało własne korekty. Podczas odpierania szturmów, nadmierna celność i skupienie „Brena” czasem stawały się wadami. Doświadczone zespoły miały na tę okoliczność przygotowaną specjalną zapasową lufę – zużytą i z lekka rozkalibrowaną. Kiedy przeciwnik (zwłaszcza dotyczyło to Japończyków) rzucał się do tłumnego natarcia, obsługa błyskawicznie zmieniała lufę (zajmowało to „Drugiemu” około 6-8 sekund i nie wymagało żadnych narzędzi czy też rękawicy) po czym „siała” ogniem zaporowym nieszczególnie przejmując się precyzyjnym celowaniem. Po odparciu ataku równie szybko ponownie wymieniano lufę na bardziej przepisową i powracano do regulaminowych procedur.
A propos siania ogniem – jak wyglądało zaopatrzenie „Brena” w amunicję? Przepisowa „pula plutonu” z okresu II wojny światowej wynosiła 3 000 nabojów dla trzech erkaemów, z czego 560 znajdowało się w magazynkach (mimo nominalnej ładowności 30 nabojów, ładowano je tylko dwudziestoma ośmioma – co zalecano oficjalnie w instrukcjach). Szczebel niżej, w ramach drużyny, dowódca sekcji „Brena” nosił dwa magazynki, celowniczy – cztery plus jeden na broni, zaś „Drugi” – kolejne cztery. Każdy z pozostałych żołnierzy (poza dowódcą drużyny) nosił po 100 nabojów karabinowych, przy czym do swojego karabinu Lee-Enfield mógł zużyć jedynie połowę, a druga połowa stanowiła dodatkową rezerwę amunicji do „Brena” (często noszono też nieco inną konfigurację – 50 nabojów „własnych” i dwa załadowane magazynki do erkaemu).

Z tego zapasu amunicji korzystano w następujący sposób: najpierw zużywano magazynek na broni, następnie magazynki od „Drugiego”. On też w ramach dodatkowego zajęcia odpowiadał za ich doładowywanie nabojami, które brał od strzelców. Magazynki celowniczego i dowódcy sekcji służyły jako żelazna rezerwa w sytuacji, gdy trzeba było strzelać, a nie było czasu na doładowywanie pustych.
C.D.N.
Autor dziękuje serdecznie Grzegorzowi Boreckiemu, „Bren Gunnerowi” za cenne informacje oraz uwagi, które wzbogaciły ten artykuł.